czwartek, 20 sierpnia 2015

Bylo morze w morzu kolek.

Bylo o blatach bylo, no to jeszcze raz.
Nie wiem jak wy, ale u mnie jest jak z ta baletnica co jej rabek spodnicy czy jak to bylo, tylko jednoczesnie jak w tym kawale, co to rozdawali samochody na Placu Czerwonym. Bo ten rabek mi nie przeszkadza, ale mnie inspiruje. Odcinam go, przerabiam, doszywam, podszywam i nagle okazuje sie ze z tego rabka mam odziana mam cala rodzine, w plaszcze, kapelusze, stroje kompielowe a z resztek wyszedl jeszcze zegarek komunijny.
Wymyslilismy sobie ten szybki wakacyjny remont, szybki sie zrobil powolny, jak juz kuchnia to i living room, jak juz blaty to za ciosem od razu kominek, a na dodatek jak juz ten rombek obejrzalam z kazej strony to swierdzialm, ze najlepiej wszystko wymienic, bo tak jak na poczatku nie wiedzialam jakie te blaty panie maja byc, to teraz wizja sie pojawila i rozszalala po calym domu. Zadalam sobie trudne pytanie: czego oczekuje od tych blatow? Jak to czego? Maja odmienic moje zycie, wniesc szczescie, radosc i energie witalna, ktora udzieli sie przy kazdy krojemu pomidora. No i przed oczamimi stanela mi plaza z turkusowa woda i chce poczuc zen i teraz mam wizje i przerabiam dom na domek nad morzem, mimo, ze mieszkam na pustyni, bo przeciez nie bede sie ograniczac.

Moze to u nas rodzinne, moi rodzice mieli faze na lesniczowke. Wtedy w kazdy porzadnym polskim domu byla mebloscianka na wysoki polysk i krysztaly, solidnie i elegancko, a jak ktos sie umial zorganizowac to i turecki dywan mial, a u nas w bloku kurna lesniczowka. Cale szczescie, ze nie bylo porozy, tylko mama sie nauczyla krzykowo haftowac i haftowala jelenie, lisy i kuropatwy i to wieszala na scianach. A jak tata zachorowal na angine i w telewizji pokazywali tylko to pokratkowane kuleczko to i on sie do haftow krzyzykowych przylaczyl i naprodukowali serwet i serwetek, choc nie wiem czy moj ojciec dzisiaj by sie do tego przyznal. No, to u mnie poszlo w kierynku odwrotnym, na ahoj przygodo, hohoho przehyly i przehyly, czyli morze. Od dziecka ich namawialam na fototapete jaka miala moja kolezanka Beatka, tylko ze Beatka miala wodospad, a mnie sie marzylo to morze i palmy, a najlepiej zachod slonca. Jakby sie zakrecili i ten turecki dywan upolowali, to nic tylko bysmy lezeli wygodnie i wygrzewali kosci w cieniu plamy. A tak bieda, z ta lesniczowka. Siosta ma, wtedy 2-czy 3-letnia, tez miala potrzebe plazy i regularnie, mimo, ze nie grzali jeszcze w kaloryferach i pizdzilo jak w kaliskiem na dworku, rozbierala sie do naga, w korytarzu rozkladala recznik i bawila sie w plaze w San Perdo, bo o miescie tym nasluchalismy sie w piosence Krzyska Antkowiaka i tak sie zainspirowala. Grzala sie tak w swej wyobrazni az dostawalala po tylku bo matka miala dosyc brania zwolnienia na zasmarkane dziecko.

Morskie klimaty, mimo, ze nigdy nad morzem nie mieszkalam byly nam jak widac bliskie, a ze nigdy nie zostaly zaspokojone, bo co te dwa tygodnie wczasow w Jaroslawcu czy Debkach? Ten brak fototapety z palma odzywal sie we mnie przez cale zycie, moze to tak jak ci co nie mieli jedzenia podczas okupacji i cale zycie chowali zapasy po kanapotapczanach, tak ja wyziebiona, zawsze mialam potrzebe ciepla i plazowania. Potrzebe nie do zaspokojenia, bo jak pojade nad morze czy ocean to po 2 dniach za bardzo mi wieje, obcych ludzi na plazy tez nie lubie, ale jak wroce to od razu tesknie. Jesli wiec sobie ten dom na domek nad morzem przerobie to moze nawet nie bede musiala jezdzic i bedzie nawet lepiej bo nie bedzie mi wialo, nikt nie bedzie sie kladl za blisko mojego recznika i koszty podrozy tez mniejsze.

I polecialam w te turkusy. A ze nie chcialo  mi sie calej kuchni malowac, to wymyslilam kilka asymetrycznych pasow. Pasy to tez moja specjalnosc. Za pierwszym podejsciem kolor wyszedl tak zazoncy, ze trzeba bylo po domu chodzic w okularach slonecznych; no to juz naprawde jak na plazy w San Pedro. Napocilam sie nad tymi paroma pasami jak Michal Aniol nad kaplica sykstynska, bo musialam mieszac farby, aby ten turks wywazyc tak, zeby intensywnscia nie zabic innych czlonkow rodziny i aby sie nikt nie wyprowadzil. Ale jest panie zen, jak Zenobiusz, siedze i patrze i wzdycham i zachwycam sie praca ronk wlasnych i prawie mi nie przeszkadza, ze majster wyjechal na wakacje i ze nie mam jeszcze tych nowych blatow od ktorych to szalenstwo sie zaczelo.


niedziela, 12 lipca 2015

O blatach kuchennych i ukochanej ciotce

Jutro wyjezdzam, a przed wyjazem postanowilam zrealizowac plan 5-letni. Remoncik kuchni ras dwa ale utknelam troche przy ras, bo cholerka nie moge sie zdecydowac jakie blaty wybrac, a tak byloby milo wrocic i kuchnia gotowa. Czy lepszy jest blat taki troche jak salceson czy troche a la nagrobek? Czy moze zupelnie gladki, ale zeby potem nikt sie nie pytal "a innych nie bylo?" No i dobrze byloby sie tez spakowac gdzies pomiedzy wycieczka do jednego a drugiego sklepu z blatami, gdzie im dluzej patrze tym bardziej wszystko miga mi przed oczami i to co wogole nie podobalo mi sie w pierwszym sklepie wydaje mi sie piekne w tym drugim. I teraz tylko ryzyk fizyk jak bedzie mi sie to podobac gdy zobacze to po raz trzeci we wlasnej kuchni.

Jutro z ranka leciemy na nasze lokalne Mazury czyli do Minnesoty. Plan jest taki, ze nim pokazemy sie tesciowej i  rodzinie menza, to pojedziemy sobie z dziewczynami na cale 10 dni do mojej ciotki ukochanej, naszej rodzinnej czarownicy, ktora jest najwspanialsza ciotka na calym swiecie. Ciotka jest najbardziej zrelaksowana osoba w calej rodzinie, duperelami takimi jak na przyklad balagan sie nie przejmuje i ten jej spokoj tak bardzo sie udziela. Dyskusje z moja ciotka to najpyszniejsza uczta duchowa i nie szkodzi, ze czesto sie nie zgadzamy. To nie tak jak u wielu, ze foch, prosze wyjsc z mojego domu, moja noga w tym domu, w tym miescie, a najlepiej w tym stanie nie postanie. Ciotka prowadzi dom otwarty i kazda osoba jaka przez nia poznalam lub ktora ona przeze mnie poznala, uznala, ze jak juz sobie ubrania z fotela przesunie i miesce sobie znajdzie, to nigdzie indziej nie czuje sie lepiej, nigdzie indziej nie ma tak fantastycznej rozmowy, nigdzie indziej nikt przed czlowiekiem nie polozy tylu ksiazek, gazet, magazynow. Ach, te sniadanka, pizamka, kafka, gazetka i dawaj, co sadzisz o tym i o owym, mniam, mniam. A moje coreczki kochaja swoje o wiele lat starsze kuzynki i nasz pies kocha ich psa i oj ale mam fajna rodzine, no.

Teraz tylko bagatela te blaty, pakowanie i juz nas nie ma.



piątek, 19 czerwca 2015

czujniki

Wakacje stop,
bawie sie w kierowce stop.
Jezdze w przyslowiowa tom i weftom i slucham radia.
Ale zamiast jakiejs wakacyjnej piosenki typu ameby osemki kreslily leci nowa piosenka Taylor Swif. Najpierw wydawala mi sie beznadziejna, potem swietna, a teraz powoli wychodzi mi uszami. Leci w radio co 3 i pol minuty.

Dzieci me bawia sie w aktorki. Oczywiscie w dwoch zupelnie roznych punktach miasta, w roznych teatrach, na szczescie w roznych godzinach odbioru. Mlodsza jest malenstwem w Kubusiu Puchatku, a starsza na naszym lokalnym Broadway'u jest mewa i marynarzem w musicalu Arial. Ociera sie o wielki swiat, bo choreografowie z NY i niektore gwiazdy tez i chyba pierszy raz w zyciu ma kontakt z tak kolorowym swiatem, z gejami, artystami i jest zachwycona.
A ja jestem z nich dumna,bo ja na scenie to moge co najwyzej stanac w stanie przedzawalowym, a jak sie postaram to dygnac i powiedziec bacznosc, poczet sztandarowy wystap (kiedys bylam przewodniczaca szkoly :P).

I tak jezdzimy i sluchany tej Tylor Swift.
Wspominamy  jak to starsza bedac jedynaczka zazadala rodzenstwa mowiac, albo mi urodzicie siostre albo sama sobie urodze.
I mlodsza zapytala, czy faktycznie dziecko moze sobie samo urodzic rodzenstwo?
Tlumacze jej, ze w zyciu  kobiety musi byc wtedy mezszczyzna. Na co mlodsza pyta: ale jak cialo kobiety wyczuwa w swym zyciu mezszczyzne, ze wtedy rodzi to dziecko? Czy kobieta ma jakies czujniki?




czwartek, 28 maja 2015

zakonczenie roku szkolnego

U nas dzisiaj zakonczenie roku szkolnego. 

I przypomnialo mi sie jak w 5-ej klasie pobieglam do kwiaciarni po kwiaty dla pani nauczycielki, a ze sie zgapilam i poszlam rano w dniu zakonczenia , a wszyscy przezorni to juz dzien wczesniej, wiec ostaly sie tylko czerwone gozdziki, a jedyny kolor wstazki jaki kwiaciarni zostal na skladzie byl czarny. To wzielam, zeby nie bylo ze pozalowalam, czy oszczedzilam na wstazce. 

A innym razem panu z ogniska muzycznego skomponowalam najpiekniejszy bukiet- biale gozdziki z biala wstazka. Chyba podswiadomie czulam, ze nalezalo mu sie za cierpliwosc. 

czwartek, 14 maja 2015

Jak na spowiedzi

Dzisiaj bedziemy sie bawic w kaznodzieje, psychologa i psychiatre. Co se bendziemy zalowac?

Ale zabawe zaczynamy od problemu, bo kto bez problemu szuka porady? Bez problemu nie ma zabawy.

Spotkalo mnie swinstwo. Okropne. Prawie jakby mi przyjaciolka chlopaka na dzien przed balem maturalnym ukrada.

Nie podam szczegolow, bo to jak krecenie nozem w swiezo gojacej sie ranie, ale spoko, monsz jest czysty, przyjaciolki tez, to nie o nich historia.

Nie podam szczegolow, bo jeszcze powiecie mi, wiesz bierz siekiere i poucinaj im te glupie glowy, a ja jeszcze was poslucham. :P

Historia troche taka jakbyscie brata zaprosili na wlasny slub, brata co mieszka blisko, nie musi isc na piechote z Indonezji, do tego ma byc swiadkiem. A tu nagle na 2 dni przed slubem okazuje sie, ze brat jedzie na ryby, bo w koncu weekend bez ryb to weekend stracony, tuz przez ceremonia wsiada na rower, bierze wedki i swieze dzdzownice i jedzie ta polna droga hen, a wy stoicie, patrzycie, oczy przecieracie bo to jakby wam pan mlody uciekl sprzed oltarza. Takiego numeru to by sasiad nie wykrecil, a co dopiero rodzina.

Nie chodzi o szczegoly. To tak jak w serialu "Labirynt" gdzie zawsze pisali na koncu, ze wydarzenia sa przypadkowe. Niestety rana jest juz prawdziwa. I takiego bolu rozczarowania drugim czlowiekiem jeszcze nie przezylam i zadne szczere zwierzenia najkochanszym adoptowanym siostrom nie pomagaly. Nie pomagalo, za zamiast tego brata co pojechal na ryby pojawily sie inne wspaniale i bliskie osoby, bo przyroda lubi rownowage, wiec jedno swinstwo wyrownywalo tyle fajnych ludzi i wina i w sumie super uroczystosc, ale niestety bol w plucach trwal i nie dalo sie tego swinstwa przelknac ani winem, ani golabkiem.

Az spotkalam sie z amerykanskimi kolezankami (mamy taka dziwna grupe czterech dziewczyn, dwie wierzace, jedna ateistka, jedna pastorka, poznalysmy sie przez dzieci, a teraz same robimy sobie babskie spotkania, bo nikt kobiety nie zrozumie tak jak inna kobieta). Postanowilam otworzyc te schowana we wlasnej trzewi puszke Pandory, mamy w koncu na skladzie nauczycielke, lekarke i pastorke to se mysle, oszczedze na psychologach. Wiedzialam, ze pastorka powie o mocy wybaczenia itd itp, a ze swietna i szalona z niej kobieta wiec ciekawa bylam tego kazania, ale to co ona wymyslila przekroczylo moje najsmielsze oczekiwania.

Uczyli nas "kto jest bez winy niech rzuci kamieniem", ale ona zrobila z tego niesamowily urzytek. Powiedziala mi, kazdy ma na swoim koncie gorsze momenty, jak nie w tym 10-leciu to w poprzenim. Przypomnij sobie mlodosc, dziecinstwo, komu zrobilas swinstwo, tam przenies te dzisiajsze zle uczucia.

To se mysle i przypomniala mi sie moja kolezanka z sasiedztwa, imie zmienione, Marysia. Marysia byla 2 lata mlodsza, bardzo zdolna, wesola, ale zezowata. I ja ktora sie z nia prawie wychowalam tego zeza nie widzialam, widzialam tylko fajna dziewczyne, ale czasami bolalo mnie, ze inni tego zeza widza i jej go wytykaja, jakby to byla kwesta wyboru czy zlosliwosci. Marysia tez przez te uwagi spostrzegawczych tracila zaufanie do ludzi i gdy niewinnie dzieci sie nas pytaly "chcecie sie bawic w chowanego" Marysia odpowiadala "moge, ale bez laski (uaski!!! :P)". Ile ja sie musialam z nia nawalczyc, ze nie musi dodawac tego "bez laski", ze oni nie maja ukrytych zlych zamiarow. Teraz dopiero widze, ze ta postawa nie wiziela sie z powietrza. No, ale do mnie Marysia miala pelne zaufanie. Bylam jej body gardem, a ja naprawde bardzo ja lubilam. Czasami troche mi roznica wieku przeszkadzala, bo 2 lata  w tym wieku to jak 40, ale zazwyczaj nie bylo prolemu. Kiedys mama Marysi wpadla na pomysl, ze moze pojechalybysmy razem na kolonie. Pomysl wydawal sie bardzo dobry. I tutaj niestety nie spelnilam sie jako opiekunka/ kolezanka/ powierniczka. Nasz autobus z miasta P dojechal do miasta L i tam nastapila przesiadka kolonistow. Wysiedlismy z naszego autobusu, a w tym nastepnym miejsca byly juz przerzedzone. Nie bylo dwoch wolnych i tak sie rozgladaysmy gdzieby tu usiasc. Nadle 3 wesole dziewczyny w moim wieku wybraly mnie z tej garstki zagubionej, ze kolo nich jest wolne miejsce. No nie wezme Marysi na kolana, poszlam, zobaczymy sie na miejscu. Ale jak juz jechalam z tymi dziewczynami pol dnia przez ten kraj, przez kazda wioske i kazde miasto, jak juz kazdy kazdego poczestoweal landrynkom/ agrestem/ herbata z bidonu/ wafelkiem price polo, jak juz kazda kazej pokazala kolekcje zdjec legitymacujnych kolezanek z wpisem na odwrocie "tak mnie namalowal swiat gdy mialam 11 lat" to troche sie zzylysmy i gdy postawili nas przez namiotem wojska polskiego z pryczami na 20 osob to zaklepalysmy je sobie obok siebie. I wtedy przypomnialo mi sie o Marysi i przedstawilam ja moim nowym kolezankom, ale one spojrzaly na nia z taka pogarda, ze nie, kochana, ona do nas nie pasuje, wszystkich potencjalnych chlopakow do tanca na dyskotece nam odstraszy. Nie nadaje sie. I ja, niestety, nie stanelam po jej stronie. Oczywiscie wyrzuly sumienia smazyly sie we mnie jak swieza watrobka na cebulce, az w koncu nie wytrzymalam, zostawilam te nowe kolezanki i poszlam do tej starej, od dziecka mi znanej Marysi i ona powitala mnie z otwartymi ramionami. Potem poznalysmy inne fantastyczne dziewczyny i moge powiedziec, ze byla to jedna z lepszych kolonii.

Kolezanka pastorka powiedziala, ze kazdy na w sobie jakis brud i kazdemu kiedys jego swinstwo zostalo wybaczone, wiec ty teraz nie kis tego w sobie, nie hoduj zlej energii, tylko wybacz, bo co masz sie meczyc? I wiecie co, teoretycznie to samo powiedziala moja mama, to samo mogla powiedziec pani w kolejce na poczcie czy w Starbucksie, nawet ja sama moglam sobie te same zlote rady podsunac, ale w kontekscie tego swinstwa z przeszlosci to nabralo zupelnie innej sily. I myslalam o tej Marysi, ktora rozczarowalam i myslalam o tym symbolicznym bracie co pojechal na ryby i wszystko, cala ta zlosc, bol w klatce piersiowej, noz w plecach, dziura w sercu i mozgu, rozczarowanie drugim czlowiekiem zupelnie ze mnie splynelo.

I tak w tej terapii doszlismy do konca.

I podaje to jako kolo ratunkowe, przepis jak zyc i pomino podlozonej swini, nie dac sie utaplac; jak zyc i nie zostac rozgoryczona, zgoszkniala staruszka. Dla mnie byla to zdecydowanie jedna z lepszych porad.


czwartek, 30 kwietnia 2015

wycieczka

Nie wiem jakim przedziwnym przypadkiem zostalam przewodniczaca rady rodzicow.
Naprawde, czasami moja asertywnosc chowa sie po krzakach.
Z tejze okazji organizuje wycieczke szkolna.
Moi dziadkowie to sie nie tyle co w grobie przewracaja co rechocza ze smiechu, ze az sie trumny trzesa. Organizator, to moge miec na ostatnie tylko w kontekscie dobrego zartu.
I wszystko prawie jest tylko nie mam jeszcze zarezerwowanych autobusow i mamy z tym maly problem.
Trzymajcie wiec kciuki bo glupio bedzie jak okaze sie, ze wycieczka jest piesza.

A teraz sobie mysle, ze moze by tak zrobic pochod. :P

niedziela, 26 kwietnia 2015

13

Starsza dzisiaj konczy 13 lat.
Nie jestem juz matka malych dzieci.
Nie ukrywam, ze troche mnie to zasmuca.
I nie, ze zal mi czegos
tylko to jakos tak strasznie szybko zlecialo.
Wczoraj szla do szkoly, za rok pojdzie do liceum



Coreczko,
zycze ci aby spelnily ci sie wszystkie marzenia,
aby otaczali cie dobrzy ludzie
i abys ty takze byla dobrym czlowiekiem
i aby ci sie obojczyk slicznie zrosl

I piosenka z dedykacja:






Te plyte kupilam sobie tuz przed wyjazdem do Stanow i jest na niej kilka piosenek, ktore wrecz przepowiedzialy moje pozniejsze losy. Kilka dni temu znalazlam ja zupelnie przypadkiem, wlaczylam w samochodzie i przypomnialy mi sie te dawne chwile. Mam wrazenie, ze to bylo rok temu. Ale kalendarz sie niestety ze mna nie zgadza.


czwartek, 16 kwietnia 2015

kiedy mozna zaczac sie smiac?

Macie tak, ze gdy dzieje sie cos totalnie beznadziejnego to przy zyciu trzyma was mysl, ze jeszcze troche, jeszcze chwila i wszyscy bedziemy sie z tego smiac, ze to tylko taki brytyjski zart losu?

Pierwszy raz taki moment pamietam z czasow podstawowki gdy z kolkiem historycznym (tak, o matko bylo takie cos, gdzie sie dowiedzialam w jak mlodym wieku wyszla za maz krolowa Jadwiga, wtedy przestalam marzyc o zyciu krolowej). Zamiast jechac do domu i ogladac pana Kracego, udalismy sie z kolkiem historycznym na lokalna wycieczke, obchod kosciolow, cos w tym stylu. I nie wiem dlaczego po zakonczonej wycieczce wszyscy gdzies przepadli a my z kolezanka same stalysmy na przystanku autobusowym czekajac na autobus ktory zawiozby nas do domu. No i mial byc za piec siodma czy za pietnascie szosta ostatni kurs z tego zakatka miasta, ale nie wiem czy sie spoznilysmy i zupelnie nie pojmuje braku odpowiedzialnosic moich rodzciow, ze my tak sobie same na tym panie pustym przystanku w srodku zimy stalysmy. I wtedy nasz optymizm powoli zaczynal sie kurczyc, wiedzialysmy ze autobus moze sie spoznic pol godziny, bo wtedy autobusy nie przejmowaly sie rozkladem jazdy, ale powoli docieralo do nas, ze chyba az tak spoznic sie nie moze. A ze opcji nie mialysmy zbyt wiele stalysmy jak te gupie, bawiac sie w Pollyanne i powtarzajac sobie, to nic, zobaczysz, zaraz ten autobus przyjedzie i zaraz, za jedna chwileczke bedziemy sie z tego, ze tu teraz wcale nie z zimna, a ze strachu dzwonimy zebami, zobaczysz zaraz bedziemy sie z tego smiac. I czekalysmy dlugo i cierpliwie na ten smiech i wtedy jak aniol pojawila sie kolezanka mojej mamy, ktora nigdy tamtedy nie jezdzila, ale wtedy wlasnie wyjatkowo i poznala mnie po czapce co to ja moja mama pieknie pomponem wykonczyla, a ze wtedy kazde dziecko mialo inna czapke i mozna powiedziec, chcac nie chcac bylo orginalne, to gdy zobaczyla dwie sierotki Marysie, poznala ten pompon ozywiajacy kurtke w praktycznych meskich kolorach po bracie. Z piskiem opon zatrzymala sie i no wtedy panie nareszcie mozna sie bylo smiec.

Teraz tez tak troche mam, bo starsza jak juz u rybenki opowiadam zlamala obojczyk i czekam i czekam kiedy zaczniemy sie smiac, kiedy to wszystko minie i zamieni sie w rodzinna anegdote.

Wczoraj zadzwonil lekarz i powiedzial, ze przeswieltlenie wyglada dobrze, ze nie potrzeba operacji i ze nie musze juz oddychac do torebki.

To teraz dla potomnych i dla siebie gdy juz przyjdzie alzheimer opowiem jak to bylo.

Wstalam jak zwykle, normalnie, niewyspana, niegotowa na nadchodzace dramaty. Kawe wypilam jedna, druga sie wlasnie robila gdy zadzwonila najlepsza przyjaciolka, a ze 2 tygodnie nie rozmawialysmy wiec zaleglosci byly straszne. I jeszcze jestem w tej pizamce, oczywiscie bez makijaza, bo kto w pizamce robi makijaz, zebow nawet jeszcze nie umylam, bo sniadania jeszcze nie zjadlam. Dziecko  szybko sie uporalo, bo juz 15 minut po rozpoczeciu szkoly dostalam telefon ze jest uszkodzone. Pytam, czy az tak, ze mam zabrac do domu? Pielegniarka potwierdzila, nie wiem dlaczego nie krzyczala do telefonu, alarm, pogotowie, policja, matko swieta, bo z tonu wynikalo, ze no normalnie, pojade po dziecko, przywioze, przytule, pozwole wlaczyc TV i do razu sie wygoi. Ubralam sie szybko, znowu ide do szkly bez charakteryzacji twarzy, ale liczylam, ze i tym razem nikt mnie nie pozna. Podjedzam, a tam juz w drzwiach macha na mnie pani sekretarka, ktora prawie placze. No, panie, cos mi tu nie gra. Czy moze ma takiego pmsa? Widac po oczach i minach, ze takich wypadkow nie przezywaja tu codzinnie, bo sie jeszcze nie uodpornili.

No to jazda na pogotowie i tam gdy wydawalo sie, ze lzy dziecka sa tak wielkie, ze bardziej smutno nam byc nie moze, dostalam teksta od kolezanki, ktora mieszka blisko nas, z niewinnym zapytaniem czy na naszej ulicy jest pozar? Bo ona jest w pracy i kolezanka wyslala jej teksta, ze oglada wiadomosci i ze naszej ulicy pali sie dom, to moze bym sprostowala, zeby ona mogla spokojnie wrocic do swoich zakladowych obowiazkow. I nagle nabralismy dystansu do zlamania, bo w glowie mi sie zaczelo kotlowac, czy ja te jajeczka na miekko wylaczylam czy nie? I widzialam oczyma duszy mojej naszego psa w plomieniach. Zatekstowalam do przyjaciolki u ktorej wlasnie byli goscie z zagranicy, ze musi isc ratowac mojego syna jedynego- psa. I ona juz w sumie byla gotowa jechac ale ci goscie logicznie zasugerowali, ze skoro pokazuja w TV,  to chyba jest juz straz pozarna i nie pozwola jej sie bawic w ratownika. Ja dlugo takiej niepewnosci nie wytrzymalam, zwlaszcza ze dziecko jeszcze bardziej plakalo nad pozarem ktory moze plonie, a moze nie, niz nad wlasnym nieszczesciem. I jade, a tu straz pozarna wraca, ale zupelnie z przeciwnego kierunku. Na pewno zabladzili, pies juz na pewno zweglony. I zblizam sie i  jest dom i pies caly i zdrowy i nic nie daje czlowiekowi wiekszego dystansu niz to, ze zawsze mogloby byc gorzej.
A pozar byl, ale ojtam 40 ulic (swiatel) od mojego domu.

I sle duzo mocy do tych blogerek u ktorych sa wlasnie te gorsze chwile. Niech wam sie wszystko pouklada i niech przyjdzie ta chwila, ze bedziemy mozna sie z tego smiac.

A tu piekne zdjecie, do albumu.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

cos nowego cos starego

Wrocilam, taka sama,  troche inna, troche stara, troche nowa, odrobine odmieniona, odswiezona, swiatem zachwycona. Wracam do tego co kocham najbardziej, ale mam w sobie jakas nowa energie i nowy zachwyt nad zyciem. I kawaleczek tego piekna, te gory, te plaze, te ryby tak przedziwne, ze sama nie wiem jak sie starajac na wyobraznie postawic, takich bym nie wymyslila, co sie czlowieka wogole nie boja, niektore wieksze niz duza meska stopa, podplywaja pod nos i wszystko cudne, ale dzungla co w niej mnie jeszcze nigdy nie bylo zachwycila mnie najbardziej, ze takie bogactwo przyrody, ze tyle liscia, ze liany i drzewa takie opasle, ze dab Bartek tez by sie zdziwil. Widoki  w tej dzungi jak z filmu o Wietnamie, te gory z daleka mgla powite, tak cudne, ze jak teraz przegladam zdjecia zastanawiam dlaczego nie oddaja tego piekna? Szkoda tylko, ze nikt inny nie pokochal tej dzungli tak jak ja, bo starsza ugryzl komar, a ze komarow u nas nie ma wiec potraktowala to jak ugryzienie weza kusiciela. Ale  kazdy sie czyms zachwycil, kazdy czyms innym i dla kazdego starczylo. I cale to piekno lekka mgla jak para na szkle osiadlo gdzies tam na dnie i wnioslo jakas nowa energie.

I ide zrobic sobie kawy i kawa niby ta sama, ale tez wydaje mi sie lekko odmieniona, jakas lzejsza. Czy dotyka mnie wlasnie nieznosna lekkos bytu czy co sie dzieje? Nie dosc, ze za lekka to jeszcze za jasna. Probuje palcem -slodka! Starsza uznala, ze skoro ominal nas na wyjezdzie pryma aprilis to ona nam to wynagrodzi, bo nie bedzie do nastepnego roku czekac i do torebki z kawa nasypala rozpuszczalne kakao. :)

czwartek, 2 kwietnia 2015

Jak to pozyczylam kolezance samochod

Bedac wyjechana pozyczylam kolezance samochod aby mogla odebrac gosci z lotniska. Majac 3 dzieci musialiby jechac na dwa samochody, a w moim samochodzie trzeci rzad wysuwa sie z bagaznika jesli jest taka potrzeba wiec wszyscy spokojnie by sie pomiescili. Plan byl taki, ze przyjada i sobie ten samochod pozycza. Inny znajomy zawiozl nas na lotnisko, dalam mu klucze meznza do mojego samochodu przy czym zaznaczylam, ze na blacie w kuchni leza klucze ktore ta kolezanka przyjedzie pozyczyc. Nie wiem dlaczego nie dalam jej tych kluczy, ale czasami proste rozwiazania nie ida w parze z moja natura. Ten znajomy nas zawiozl i odstawil nasz samochod do naszego garazu. Kolezanka przyjezdza, ma kod do garazu to wchodzi panie jak ta dama liczac, ze zaraz jak ta dama wyjedzie. Przeklada foteliki dzieciece ze swojego samochodu do mojego i teraz tylko te klucze z kuchni i juz voila jada na lotnisko. Chce wejsc do domu, ale ten znajomy przekrecil automatyczny zamek w drzwiach z garazu do domu. My tych drzwi nigdy nie zakluczamy, on za to ma to w sobie tak silnie zakodowane, ze zaklucza nawet w cudzym domu. Kolezanka dzwoni, co tu robic. Wydzwaniamy do tego znajomego ktory ma klucze do naszego domu, czy podjedzie bo panie, teraz zaraz oni musza jechac na lotnisko. Jest jeszcze opcja, ze moze kilkoro dzieci zamknie u mnie w garazu, ale na razie tego nie rozwazamy. Niestety, znajomy jest na drugim koncu miasta i bedzie u mnie za male poltora godziny. O male poltorej godziny za pozno. Jest nadzieja, ze moze jakiegos okna na parterze nie zamknelam, skacza po plotach, a w tym czasie dziewczynka lat 9, bierze ich klucze od domu i (jak kiedys moja ciocia cudzego poloneza) swoimi kluczami OTWIERA!!! Mamo patrz, naszym kluczem otworzylam ich dom. A mama wlasnie po plocie sie wdrapuje i sapie i nie wie czy ma majaki czy sie przeslyszala.
Naprawde, cuda panie sie zdarzaja, albo wszyscy mamy takie same zamki do drzwi tylko o tym nie wiemy. :P